Skip to main content

Wyrypa w Górach Izerskich i Karkonoszach

|   Relacje Trawers

Pierwsza okazja na kilkudniowy wyjazd w góry nadarzyła się w dniach 19-22 czerwca, w związku z długim weekendem "bożociałowym". Postanowiliśmy z moją dziewczyną Dominiką wyruszyć na "wyrypę" w Góry Izerskie i Karkonosze. Miała to być nasza pierwsza wspólna wyprawa z dużymi plecakami, wędrując od schroniska do schroniska. Kupiliśmy bilet na pociąg z Bydgoszczy bezpośrednio do Szklarskiej Poręby kilka dni wcześniej

dziewczyną Dominiką wyruszyć na "wyrypę" w Góry Izerskie i Karkonosze. Miała to być nasza pierwsza wspólna wyprawa z dużymi plecakami, wędrując od schroniska do schroniska. Kupiliśmy bilet na pociąg z Bydgoszczy bezpośrednio do Szklarskiej Poręby kilka dni wcześniej. Oczywiście musieliśmy swoje odstać w kolejce na dworcu PKP, ale ponad godzina czekania to jeszcze nie najgorzej. Spakowaliśmy się w plecaki 60-litrowe i ruszyliśmy na dworzec 18 czerwca przed północą. Pociąg przyjechał punktualnie o godzinie 00.36, a na miejscu w Szklarskiej Porębie byliśmy o 10.20.

Dzień 1. 
Na pierwszy dzień zaplanowaliśmy przejście od Polany Jakuszyckiej do schroniska na Stogu Izerskim, gdzie mieliśmy pierwszy nocleg. Na Polanę dostaliśmy się ze Szklarskiej Poręby dzięki Kolei Izerskiej, która kursuje mniej więcej co dwie godziny. Bilet ze stacji Szklarska Poręba Górna kosztował zaledwie 4,70 zł, więc dwa wagony kolejki były wypełnione turystami. Po dotarciu na Polanę Jakuszycką ruszyliśmy czerwonym szlakiem do stacji turystycznej Orle. Po drodze podziwialiśmy malownicze Góry Izerskie, które zwiedzaliśmy pierwszy raz w życiu. 

Po dotarciu do schroniska Orle skonsumowaliśmy pyszną domową szarlotkę z musem wiśniowym. Odpoczywaliśmy przed schroniskiem podziwiając piękne widoki. Po niecałej godzinie ruszyliśmy dalej czerwonym szlakiem w stronę Chaty Górzystów. Kolejny postój zrobiliśmy na polanie przy zakolu rzeki Izery, gdzie zaczynał się Rezerwat Torfowisk Doliny Izery. Widok na polanie był niesamowity! 

  

Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy do Chatki Górzystów. Hala Izerska to kwintesencja malowniczych krajobrazów Gór Izerskich. Zrobiła na nas ogromne wrażenie. Rzeka Izera, pradolina Izery, rozległe widoki... Kiedy dotarliśmy do Chatki Górzystów, ku naszemu rozczarowaniu, nie podawali sławnych naleśników. Okazało się, że ze względu na spory ruch turystyczny, naleśniki pieką tylko dla gości nocujących. Zamówiliśmy więc sernik ze śmietaną - pychota! Dalej ruszyliśmy asfaltową drogą w stronę Świeradowa-Zdroju, a następnie czerwonym szlakiem w stronę schroniska na Stogu Izerskim. Nocleg mieliśmy zarezerwowany wcześniej. Dostaliśmy pokój 8-osobowy. Mieliśmy już współlokatorów, trzech panów i jedną panią. Jak się później okazało, byli bardzo sympatyczni. 

Zjedliśmy lekką kolację i postanowiłem ruszyć na czeski szczyt Smrk (1124m n.p.m.). Dominika chciała odpocząć, tak więc poszedłem sam. Na Smrku jest wieża widokowa, niestety za dużo nie było widać z powodu zachmurzenia. Nie żałowałem jednak tej wycieczki. Dzięki niej dowiedziałem się, że został tam powołany pierwszy w Polsce Izerski Park Ciemnego Nieba, który ma na celu zachowanie nocnego nieba od nadmiaru światła, co umożliwia obserwowanie gwiazd. Po powrocie do schroniska większość mieszkańców szykowała się do spania. Byliśmy zmęczeni po pierwszym dniu wrażeń, więc od razu zasnęliśmy. 

Dzień 2. 
Następnego dnia wyruszyliśmy koło godziny 9, po skonsumowaniu obfitego śniadania. Niestety pogoda nam za bardzo nie dopisywała tego dnia, było pochmurno i padał deszcz. Ruszyliśmy czerwonym szlakiem im. Mieczysława Orłowicza na Podmokłą (1001m n.p.m.). Nazwa szczytu nie jest przypadkowa, bo podczas wędrówki grzbietem przemokły nam buty. Na Mokrej Przełęczy (941m n.p.m.) rozpogodziło się trochę, więc zatrzymaliśmy się na posiłek i krótki odpoczynek przed dalszą drogą. Następnie przeszliśmy przez Siwe Skałki (1122m n.p.m.), gdzie odsłonił się widok na Halę Izerską. Dalej szliśmy przez Przednią Kopę (1114m n.p.m.) i zaczęliśmy szukać odbicia szlaku w kierunku Wysokiej Kopy (1126m n.p.m.), którą zamierzaliśmy zdobyć do Korony Gór Polski. W końcu znaleźliśmy ścieżkę, która odchodziła od głównego szlaku i dotarliśmy na szczyt. Zrobiliśmy zdjęcia i film na dowód zdobycia najwyższego szczytu Gór Izerskich. 

 

W dalszą drogę poszliśmy skrótem przez nieczynną kopalnię kwarcu "Stanisław". Zaoszczędziliśmy trochę czasu, ale za to dopadła nas kolejna ulewa. Całe szczęście krótkotrwała. Przestało padać już na Zwalisku, gdzie był śliczny widok na lasy Gór Izerskich i zasłonięte jeszcze częściowo chmurami Karkonosze. Po krótkim odpoczynku na Rozdrożu pod Zwaliskiem, dotarliśmy po godzinie 14 na Wysoki Kamień (1126m n.p.m.). Podziwialiśmy piękne panoramy Przedgórza Sudeckiego, Gór Izerskich, Karkonoszy oraz miejscowości Szklarska Poręba. Po posileniu się i rozmowie z właścicielką schroniska, kupiłem koszulę z nadrukiem do mojej kolekcji, a następnie zaczęliśmy schodzić do Szklarskiej Poręby na ciepły posiłek. Kiedy zeszliśmy na dół okazało się, że mamy niezły kawał drogi do wejścia na szlak na Halę Szrenicką. Zobaczyliśmy na parkingu auto z miejscową rejestracją. Zapytaliśmy wsiadające do samochodu małżeństwo czy nie podwieźliby nas do centrum. Zgodzili się. Zawieźli nas pod Biedronkę, więc mieliśmy już zdecydowanie bliżej do kolejki na Szrenicę. 

  

Po zjedzeniu smacznego obiadu domowego, ruszyliśmy w kierunku kolejki. Okazało się, że o tej godzinie jest już nieczynna, więc ruszyliśmy zielonym szlakiem w stronę Kamieńczyka. Po godzinie drogi doszliśmy do schroniska, gdzie odsłonił się cudowny widok na Wysoki Kamień i Góry Izerskie. Odpoczęliśmy troszkę. Byliśmy już naprawdę nieźle zmęczeni po cały dniu wędrówki. Na ostatnim podejściu pod Halę Szrenicką pomogłem Dominice z plecakiem, bo widziałem, że jest już jej bardzo ciężko. 

 

Przed godziną 20 zameldowaliśmy się w schronisku. Schronisko jest obecnie rozbudowywane i remontowane - nareszcie!!! Tylko niewielka część noclegowa jest udostępniona dla turystów, natomiast reszta jest przerabiana ze starego socjalistycznego wystroju… kto był, ten wie jak to schronisko wyglądało od lat. Dostaliśmy pokój 2-osobowy i tak jak dnia poprzedniego szybko zasnęliśmy po całym dniu wędrówki. 

Dzień 3. 
Następnego dnia po spożyciu śniadania, mieliśmy niecodzienną jak dla bydgoskich mieszczuchów okazję obserwowania ze schroniskowego okna kicającego między trawami królika. Postanowiliśmy nakręcić mu film. Po wymeldowaniu się ruszyliśmy na Szrenicę. Na punkcie widokowym porobiliśmy zdjęcia, panoramy, filmy i ruszyliśmy w stronę czeskiej Voseckiej Boudy. Jak doszliśmy do chaty, termometr wskazywał zaledwie 7 stopni C. W chacie zamówiliśmy naleśniki ze śmietaną (palacinki ze slehackou), były pyszne. 

Ruszyliśmy z powrotem na Drogę Przyjaźni polsko-czeskiej. Przeszliśmy obok Łabskiego Szczytu i doszliśmy do Śnieżnych Kotłów, gdzie zrobiliśmy sobie odpoczynek. Niestety długo nie posiedzieliśmy, bo ze względu na chłodny wiatr było dość zimno. Ubraliśmy się ciepło i ruszyliśmy dalej. Zeszliśmy do Przełęczy pod Śmielcem (1424m n.p.m.), a następnie czekało nas podejście do Czeskich i Śląskich Kamieni. Wreszcie doszliśmy do asfaltu, który zaczynał się przy odbudowywanej Petrovej Boudzie.

  

W porze obiadowej dotarliśmy do Przełęczy Karkonoskiej (1198 m n.p.m.). Weszliśmy do schroniska „Odrodzenie”, aby zjeść ciepły posiłek. Wybraliśmy placki po węgiersku. Nie obyło się bez drobnych komplikacji. Okazało się, że placki zamówiło jeszcze kilka osób, a Pani w bufecie pomyliła numery zamówień. Nasze zamówienie zabrał ktoś inny, więc coraz bardziej głodni (i źli:) nie mogliśmy doczekać się obiadu. Zdenerwowani całą sytuacją, postanowiliśmy zabrać pierwsze placki, które będą do odbioru. Tak też właśnie zrobiliśmy. Może niezbyt ładnie, ale skoro ktoś wziął nasze… moglibyśmy się nie doczekać obiadu! 

Po posiłku zaczęliśmy dalej wędrować w stronę Słonecznika. Po drodze Dominika poślizgnęła się i upadła. Miała poobijane kolana i delikatnie zadrapane dłonie, ale całe szczęście nic się poważnego nie stało. Następnie przeszliśmy nad kotłem polodowcowym Wielkiego Stawu, a później nad Małym Stawem z urokliwą Samotnią i Strzechą Akademicką w dole. Według mnie, to jeden z najpiękniejszych widoków w całych Karkonoszach. Dalej przez Równię pod Śnieżką dotarliśmy do Lucni Boudy. Znowu zaczęło nieprzyjemnie zacinać deszczem, a temperatura spadła do ok. 4 stopni C. W Lucni Boudzie, która jest ogromnym hotelem górskim, zdecydowaliśmy się zamówić deser - strudle ze śmietaną, borówkowy kołacz i Kofolę. Oczywiście i tym razem nie obeszło się bez przygody. Kelner pomylił zamówienie i zamiast borówkowego kołacza przyniósł nam ciasto borówkowe z galaretką i śmietaną. Na dodatek dostaliśmy dwie strudle ze śmietaną, a nie jedną. Próbowaliśmy to wyjaśnić, ale kelner twierdził, że wszystko się zgadza. Może to taki czeski żart… Zapłaciliśmy tak jak było w naszym zamówieniu, czyli drugi strudel był gratis. Tylko nie mogliśmy już patrzeć na bitą śmietanę! Z Lucni Boudy ruszyliśmy do Śląskiego Domu, gdzie mieliśmy zarezerwowany nasz ostatni nocleg. Położyliśmy się spać jak zawsze dość wcześnie, zmęczeni i zadowoleni po kolejnym dniu niesamowitych wrażeń i pięknych widoków. 

  

Dzień 4. 
Ostatniego dnia naszej wyprawy, po wymeldowaniu się o godzinie 9 ruszyliśmy w stronę Śnieżki (1602m n.p.m.). Po wyjściu ze schroniska sfotografowaliśmy Studzienną Górę i kocioł polodowcowy Małej Upy. Niestety na Śnieżce pogoda załamała się i zaczęło padać, więc schowaliśmy się w kaplicy Św. Wawrzyńca. 

  

Następnie poszliśmy do czeskiej Aneżki na Śnieżce i do baru pod Śnieżką. Tam zamówiliśmy kołacza morawskiego, który był przepyszny. Po przerwie ruszyliśmy w dół na Czarny Grzbiet i Czarną Kopę (1407 m n.p.m.), gdzie jest szczególnie okazały widok na Śnieżkę ze wschodniej strony, a także widać Równię i Dom Śląski.

 

Dalej szliśmy do czeskiego schroniska Jelenka, gdzie przybiliśmy pieczątkę, a obsługa proponowała nam nawet swoje autografy. Stwierdziliśmy, że nie ma sensu nic zamawiać, ponieważ mamy jeszcze resztki naszych zapasów, które musimy zjeść, aby nie wieźć ich z powrotem do Bydgoszczy. Posililiśmy się, odpoczęliśmy i ruszyliśmy czerwonym szlakiem do Przełęczy Okraj (1046 m n.p.m.). Po drodze przeszliśmy przez Sowią Przełęcz (1164 m n.p.m.) i minęliśmy miejsce biwakowe, gdzie była drewniana zabawka w kształcie myszki z dziurą w środku. Obudził się w nas dziecięcy instynkt i oczywiście musieliśmy wejść do dziury :) Oprócz tego znajdowało się tam tzw. cmentarzysko śmieci, które przedstawiało ile lat rozkładają się w naturze różne odpadki. 

 

Po dojściu do przełęczy Okraj porobiliśmy zdjęcia i odwiedziliśmy schronisko, które ma obecnie nowych właścicieli, którzy starają się przywrócić dobre imię temu miejscu po poprzednich właścicielach. Przyjęli nas serdecznie i polecali pierogi własnej produkcji. Widać, że się bardzo starają. Podziękowaliśmy i ruszyliśmy żółtym szlakiem do Kowar. Po dojściu do Kowar znaleźliśmy bardzo przyjemną knajpkę „Pizza Jędrek” i zamówiliśmy dwie margherity oraz piwo. Pizza była bardzo smaczna, jak najbardziej godna polecenia. Na pewno jeszcze kiedyś tam wrócimy. 

 

Następnie udaliśmy się na dworzec autobusowy. Czekaliśmy na autobus do Jeleniej Góry. I tu znowu spotkała nas niemiła historia. Przed autobusem przyjechał prywatny bus, który podbiera klientów PKS-owi. Z reguły nie wsiadamy do prywatnych busów, ale tym razem skusiliśmy się. Bilet miał kosztować 4 zł na osobę, ale kierowca zażądał od nas 12 zł. Nie chcieliśmy się kłócić, więc wzięliśmy nasz paragon i usiedliśmy. Nagle Dominika spojrzała na paragon, a na nim była cena 8 zł. Jak wychodziliśmy z busa, Dominika podeszła do kierowcy i zapytała: 
- Dlaczego zapłaciliśmy 12 zł, mimo że na paragonie jest cena 8 zł? 
Kierowca udając nieświadomego odpowiedział: 
- To Wy nie jechaliście w trójkę? - i po cichu oddał Dominice 4 zł. Po prostu oszust!!! Jak tak można oszukiwać turystów? Od razu pomyśleliśmy, że na każdym kroku trzeba być czujnym, bo nigdy nie wiadomo kiedy będą chcieli nas oszukać. Jednak tym razem nie daliśmy się. 

Na dworcu PKP w Jeleniej Górze kupiliśmy bilety powrotne do Bydgoszczy i wsiedliśmy do pociągu. Do Bydgoszczy dotarliśmy o godzinie 5.25, po całonocnej podróży, która minęła nam dość szybko i spokojnie, bez najmniejszych komplikacji ani przygód. 

Nasz wypad w góry możemy zaliczyć do naprawdę udanych. Był bardzo intensywny, ale co najważniejsze pogoda nam dopisała. Już planujemy kolejną wyprawę w Karkonosze za rok. Może tym razem wybierzemy się szlakiem czeskich Boud, ponieważ jest ich bardzo dużo i warto przy okazji przejść poboczne grzbiety. Czy uda nam się zrealizować te plany, z pewnością dowiecie się w naszej relacji za rok!

 

autor: Tomasz Górka

Wróć